Weekendowa Analiza Futures
30 stycznia 2010, 22:30
Ostatnie pięć sesji wskazuje na to, że rozpoczęty przez ponad tygodniem spadek cen nie jest takim samym spadkiem, z jakimi mieliśmy do czynienia w ciągu ostatniego półrocza. To nie wygląda na kolejny ząbek w zygzaku, jaki był kreślony od połowy lipca. Trzeba raczej uznać, że stopnień korekty odpowiada przynajmniej korekcie, jaka miała miejsce w drugiej połowie czerwca i pierwszej połowie lipca ubiegłego roku.
Podstawą do takiego wniosku jest zachowanie cen kontraktów, ale nie tylko ich. Zacznijmy mimo wszystko od naszego rynku terminowego. Kluczem do analizy rynku jest przełamanie linii łączącej dołki z ostatniego półrocza. Pojawił się zatem sygnał, który wskazuje na to, że rynek zmienia tempo ruchu. Na razie nie ma mowy o zmianie długoterminowego kierunku. Niemniej tempo wyraźnie maleje.
Biorąc pod uwagę znane nam linie, taka zmiana nie jest zaskakująca. Utrzymanie wcześniej zakreślonego tempa było trudne. Zmiany zachodzące w gospodarce są pozytywne, ale ich dynamika wyraźnie nie dotrzymuje tempa ubiegłorocznym zwyżkom cen akcji. Rynek akcji wykonuje ruch, który sprawi, że wyceny polskich akcji będą bardziej przystawały do realiów. Kto wie, czy tą przecenę nie należy uznać, jako swoistą promocję. Jest bowiem szansa na to, że spadek cen jeszcze się pogłębi, choć nadal trzymamy się założenia, że trend w długim terminie jeszcze się nie zmienił. Jak już wspominałem ostatnio, o takiej zmianie można by zacząć myśleć, gdyby pokonana została wewnętrzna linia trendu. Musiałoby się to wiązać z przełamaniem poziomu 2000 pkt. na co się w tej chwili nie zanosi. Ba, osiągnięcie takich poziomów połączone z ewentualnymi sygnałami kupna można wykorzystać do kolejnej fazy gry na wzrost cen. Pytanie, czy tak nisko uda się cenom zejść.
Odpowiedzi naturalnie nie znamy, ale możemy przyjąć, że taki scenariusz jest realny. Naturalnie nasze podejście będziemy weryfikować na bieżąco. Na razie przewagę ma podaż i pojawiły się tego średnioterminowe potwierdzenia. Nie mówię tu tylko o pokazanym wyżej wykresie. Analogiczne sygnały mamy na indeksach obecnie najważniejszych, a więc indeksach giełd amerykańskich.
Jak widać, oba indeksy, podobnie jak nasze kontrakty, przełamały swoje linie łączące lokalne dołki z ostatniego półrocza. W związku z tym wnioski są tu podobne. To już nie jest korekta, jakich doświadczaliśmy w ostatnich kilku miesiącach, ale spadek w stopniu podobnym do tego letniego. Także i tu nie mówimy jeszcze o zmianie trendu, ale o ruchu średnioterminowym. Do podobnego sygnału nie doszło jeszcze na indeksie Nasdaq.
Jeśli mówimy o letniej korekcie, to tu pojawiają się pewne rozbieżności co do tego, jak długo ona trwała.
O ile jedna z opcji mówi, że korektą był spadek rozpoczęty po szczycie z 15 czerwca, to jest też grupa graczy, którzy za początek korekty uważają spadek z 7 maja, a cała korekta to taki ruch w biegu, gdzie obóz niedźwiedzi nie miał szans na rozwinięcie skrzydeł. Niezależnie jak do tego podejść obie wersje mają wspólną cechę. Korekta była relatywnie płytka. Jeśli wiec przyjmiemy, że nadal obowiązuje nas zasada rynkowa mówiąca o przemienności, to nie należy się spodziewać, by o tym razem spadek był równie niewielki. Dzięki temu założeniu (choć naturalnie nie można tego traktować jako pewnik) można przyjąć, że jest realnym, że przecena sięgnie okolic przynajmniej połowy ostatniej fali wzrostów. W przypadku kontraktów dałoby to okolice 2120 pkt. Jest to więc kolejny argument za tym, o czym wspominałem tydzień temu. Zjazd cen w okolice obszaru 2000-2100 pkt. jest całkiem realny, choć mocniejsza przecena jest już chyba poza zasięgiem niedźwiedzi. Przebiega tamtędy wewnętrzna linia trendu, która z marszu raczej nie zostanie pokonana.
Znamienne jest, że aktualne osłabienie ma miejsce w czasie, gdy na rynek wypływają pocieszające, wydawałoby się, dane makro. Dynamika polskiego PKB w całym roku wyniosła 1,7 proc., a amerykańskiego PKB w IV kwartale 5,7 proc. Owszem, wynik osiągnięty przez gospodarkę amerykańską długo nie będzie poprawiony i obecny kwartał „wyceniany” jest już na ok. 2 proc., ale mimo wszystko dane okazały się lepsze od prognoz, a siły popytowi starczyło na niewielką reakcję. Także pocieszająca jest wartość i struktura wskaźnika ISM Chicago. Wskaźnik okazał się nieco lepszy od prognoz, ale co ważniejsze, wykazuje pozytywne zmiany w zatrudnieniu.
Bez wątpienia rynek pracy w Stanach powoli się stabilizuje. Wprawdzie do poprawy jeszcze daleko, ale oficjalnie ponownie oczekuje się wzrostu, choć niewielkiego, liczby etatów. Są jednak też tacy, którzy spodziewają się spadku liczby etatów o ok. 50 tys. Rozbieżność prognoz obrazuje, że obecnie panuje małe zamieszanie co do oczekiwań oraz oceny, jak sytuacja ma się naprawdę. O ile panująca tendencja wskazuje, że wkrótce zostanie osiągnięty punk równowagi (średniomiesięczny wzrost liczby etatów o ok. 100 tys.) to nadal niewiadomą jest, na jakim faktycznie poziomie ta równowaga będzie osiągnięta. Tego właśnie dowiemy się za tydzień, a wynikać to będzie z ogłoszonych rewizji publikacji z 2009 roku.
Jest to znaczny czynnik niepewności. Jak wiemy, w połowie roku rozbieżność między comiesięcznymi publikacjami, a faktycznym stanem rynku pracy wskazywała na niedoszacowanie spadku liczby etatów o ponad 1 mln. Druga połowa roku, gdy gospodarka zaczęła wychodzić z recesji prawdopodobnie sprawiła, że to rozbieżność zmalała, ale są to tylko domysły. Zakładamy tu bowiem, że comiesięczne ankiety nie uwzględniają fali zatrudnienia, na istnienie której tak naprawdę niewiele wskazuje. Jak w takiej sytuacji zareaguje rynek, gdy liczba utraconych etatów od początku recesji wzrośnie choćby o 0,5 mln, a przecież może i więcej? Sądząc po początkowej reakcji na dobre PKB, która była książkowa, na słabsze dane powinniśmy zareagować spadkiem cen. Tylko, że jak już zauważyliśmy, ta książkowa reakcja była krótkotrwała. Później ceny poszły za wartością dolara. Ten się umacniał, co obniżało wyceny akcji. Można więc przypuszczać, że i tym razem rynki akcji pójdą za dolarem, czyli będą odnosiły publikację do przyszłości polityki pieniężnej.
Słabe dane z rynku pracy powinny więc dolara osłabić, gdyż oddaliłyby one perspektywę podwyżki stóp procentowych. Niby proste, ale problem w tym, jakie dane zostaną uznane za słabe? Czy wobec zagrożenia rewizją o 1 mln etatów faktyczna rewizja o 0,5 mln będzie słaba, czy pozytywna? Przecież inwestorzy mają świadomość zagrożenia. O ile przeciętny uczestnik może jeszcze nie w pełni zdawać sobie sprawę w zagrożenia, to z pewnością o takim zagrożeniu dawno wiedzą profesjonaliści, a już tym bardziej ci, którzy operują na rynku walutowym. W związku z tym, czy rewizja o 0,5 mln etatów wywoła u nich panikę? Śmiem twierdzić, że nie, a jeśli dolar nagle zacznie się osłabiać, to może być to wykorzystane do korzystniejszego jego zakupu, co skutecznie powinno hamować falę osłabienia.
Osłabienie dolara przez rynki akcji powinno zostać odebrane pozytywnie. Jednak skoro to osłabienie może być krótkotrwałe, to wychodzi na to, potencjał dla zwyżki cen po publikacji jest ograniczony. Poważnym ciosem może być rewizja przekraczająca 1 mln etatów. Wtedy ruch osłabiający na dolarze może być większy. Pytanie, czy po takiej publikacji rynek akcji zareaguje książkowo i zacznie zyskiwać? Jest to możliwe, choć sądzę, że wzrost mógłby się pojawić dopiero po wstępnej fali zaniepokojenia.
Do rozgryzienia jest kilka elementów, ale ogólnie zakładałbym, że jednak na tą rewizję wielu jest przygotowanych. Jeśli wyniesie ona mniej niż 0,5 mln to nie wykluczam, że zostanie przyjęta z ulgą. Jedno jest pewne. Mamy obecnie świadomość rozjechania się rzeczywistości i stanu sugerowanego przez publikowane dane. Za tydzień oba te stany wyraźnie się do siebie zbliżą. Mamy też świadomość, że publikacja rewizji nie zmienia aktualnie istniejących trendów. Zmienia tylko punkt startowy, od którego odliczać będziemy powrót rynku pracy do stanu sprzed recesji. Wielkość rewizji będzie także czynnikiem, który może wpłynąć na ocenę potencjału konsumpcji, choć naturalnie nie będzie to wpływ olbrzymi. W końcu nadal zatrudnienie w sektorze pozarolniczym posiada prawie 131 mln osób (wg raportu grudniowego). Tu raczej chodzi o cenę sytuacji przez Amerykanów oraz ich nastroje związane z perspektywami zatrudnienia.




