Weekendowa Analiza Futures
17 stycznia 2010, 12:15
Temat sytuacji na rynku pracy w USA przewija się i będzie się przewijał jeszcze długo w tekstach dotyczących rynków akcji na świecie, a więc także i polskiego. Nadal korelacja parkietu znad Wisły z parkietami amerykańskimi jest na tyle wysoka, że nie sposób nie brać pod uwagę układu sił popytu i podaży zza oceanu.
Amerykański rynek pracy śledzony jest z uwagą w cotygodniowych raportach o liczbie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, a zwłaszcza w comiesięcznych raportach o zmianie liczby miejsc pracy w sektorze prywatnym (raport ADP) oraz zmianie liczby miejsc pracy w sektorze pozarolniczym (Nonfarm Payrolls). Każda publikacja wywołuje mniejsze lub większe emocje, ale nigdy nie jest ignorowana. Nie teraz.
Przed załamaniem na rynkach finansowych i cotygodniowe raporty o liczbie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych nie były aż tak mocno śledzone. Nikt nie przejmował się różnicą między wartością prognozowaną, a wartością faktyczną wynoszącą 10, czy nawet 20 tys. W końcu cotygodniowe statystyki mają prawo podlegać mocniejszym wahaniom. Obecnie wyczulenie na sytuację na rynku pracy jest tak wysokie, że różnica danych faktycznych od oczekiwanych wynosząca 20 tys. jest w stanie wpłynąć na wyceny.
Rok 2009 był pod względem dynamiki kurczenia się rynku pracy wyjątkowy. W trakcie ostatniej recesji ubyło 7,2 mln etatów, z czego znaczna większość właśnie w roku 2009. Gdyby zsumować wszystkie odczyty dotyczące zmiany liczby etatów z 2009 to otrzymalibyśmy spadek wynoszący 4,164 mln. Zapewne rewizji podlegać jeszcze będą dane z listopada i grudnia, ale różnica nie powinna być duża. Jest to liczba nieco zawyżona, gdyż zawiera roczną rewizję za rok 2008, która umniejszyła liczbę etatów o 311 tys. Zatem faktycznie w roku ubyło 3,853 mln.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tej wspomnianej rocznej rewizji. O ile bowiem za rok 2008 wynosiła 311 tys. etatów, to w tym roku nie można wykluczyć, że wyniesie ok. 1 mln etatów. Skąd ta liczba? Czy oznacza to, że ta skrupulatna i szczegółowa analiza nawet cotygodniowych raportów jest faktycznie analizą nieco wirtualną?
Zacznijmy od tego, z czego w ogóle ta roczna rewizja wynika. Raport o zmianie liczby etatów w sektorze pozarolniczym postaje na bazie odpowiedzi na pytania zawarte w 165 tys. ankietach. Oczywiście nie na wszystkie ankiety wraca odpowiedź. Wynika to różnych przyczyn. Od zwyczajnego lenistwa do sytuacji, w której ankieta przychodzi do podmiotu, który już upadł. W tym ostatnim wypadku brak odpowiedzi na ankietę sprawia, że podmiot organizujący zbiórkę danych nie wie, o upadku i nie wie o tym, że wszyscy pracownicy stracili pracę. Z tego wynika, że biuro statystyk rynku pracy (BLS) dopiero z opóźnieniem reaguje na fakt upadku pracodawcy. Gdy porówna dane z innymi podmiotami rejestrującymi. To działa także w drugą stronę. Ankiety wysyłane są do podmiotów na podstawie ustalonej bazy. Nie jest ona zmieniana co miesiąc miesiącu, a więc gdy powstają nowe podmioty zatrudniające pracowników, to BLS tego nie zauważa. Co jakiś czas tworzone są wyrównania posiadanej bazy podmiotów, a w raz z nimi korygowane są wielkości zmiany w ilości etatów.
W normalnych okresach wpływ obu grup podmiotów (powstałych i upadłych) na ogólną liczbę etatów w znacznym stopniu się znosi i wynik netto nie jest duży. Sytuacja zmienia się, gdy rynek pracy poddany jest jednej mocnej tendencji. Wtedy opóźnienie w sposobie zbierania danych jest wyraźne. Niewątpliwie tempo ubytku miejsc pracy w końcówce roku 2008 i większości roku 2009 było znaczące. Można więc oczekiwać, że ta jednorazowa rewizja także będzie znacząca.
Zresztą nie musimy opierać się tylko na domysłach. W ramach raportu październikowego opisującego sytuację rynku pracy we wrześniu oprócz danych wrześniowych zawarto także szacunek rocznej rewizji oparty na bazie danych zebranych do końca marca 2009 roku. Wynosił on 824 tys. Zatem na początku października szacowano, że do zmiany liczby etatów w styczniu 2010 roku dodany zostanie ubytek liczby miejsc pracy z całego roku 2009 wynoszący 824 tys.
Czy taka liczba jest realna? Jest, ale należy się liczyć z tym, że będzie większa. Wpływają na to dwa czynniki. Po pierwsze „marcowy” szacunek nie musi być zbyt dokładny, co pokazała sytuacja z roku 2008, gdy na bazie „marcowych” danych oczekiwano umniejszenia liczby etatów o 89 tys., a jak wiemy ostatecznie było to 311 tys. Nie oznacza to naturalnie, że i tym razem różnica będzie aż tak wielka, bo operujemy już na zupełnie innym poziomie.
Po drugie, może pojawić się myśl, że skoro w okresie załamania rynku pracy statystyki nie nadążały z odnotowywaniem upadających podmiotów, to może w okresie wzrostu nie będą nadążały z odnotowywaniem powstawania nowych podmiotów, a więc pojawiania się nowych etatów, a skoro po wakacjach sytuacja na rynku pracy poprawiała się wyraźnie (spadało tempo spadku), to może okaże, że wynik netto będzie lepszy (skala ubytku w cały roku mniejsza) niż sądzono w marcu?
Taki tok rozumowania miałby wyraźne podstawy, gdyby faktycznie sytuacja na rynku pracy poprawiała się. Nie da się jednak ukryć, że o ile tempo załamania się było bardzo dynamiczne i generowało aż tak znaczące opóźnienie, to tempo poprawy sytuacji jest zdecydowanie wolniejsze, a więc i generuje mniejsze opóźnienia. Już od dłuższego czasu mówi się, że o ile maleje chęć zwolnień, to wcale nie rośnie chęć zatrudniania nowych pracowników. Gdyby gospodarka odbiła w kształcie litery V, a wraz z nią podobnie odbił rynek pracy, to faktycznie można byłoby oczekiwać, że opublikowana za trzy tygodnie liczba będzie wyraźnie mniejsza od „marcowego” szacunku. Problem w tym, że ani gospodarka, ani tym bardziej rynek pracy nie odbiły z taką dynamiką. Zatem trzeba się liczyć, że jednak różnica między ubytkiem liczby etatów wynikającym z publikacji danych comiesięcznych, a faktycznym ubytkiem będzie zbliżona do sygnalizowanej liczby, a być może i większa.
Skąd ten pesymizm? To nie jest pesymizm, bo nie ma tu nic z nastrojów, czy oczekiwań. W tym tygodniu opublikowano po prostu dane statystyczne zwane Quarterly Census of Employment and Wages, co oznacza zbiórkę danych dotyczących rynku pracy na poziomie każdego hrabstwa. Co ważne, dane swoją szczegółowością obejmują 98 proc. rynku pracy. Ta szczegółowość sprawia, że zbiórka jest dokonywana raz na kwartał, a wyniki publikowane są z opóźnieniem. Teraz otrzymaliśmy wyniki z połowy 2009 roku. Na jedną liczbą warto zwrócić uwagę. Liczba etatów wynikająca z tego raportu w porównaniu z raportem znanym nam z piątkowych publikacji na początku każdego miesiąca wynosiła w połowie roku (za ostatnich 12 miesięcy) około 1,2 mln.
Niektórzy mogą powiedzieć, że ok. poziom poziomem, ale liczy się tendencja. Ja tylko mogę się zapytać, jaka? Owszem, rynek pracy powoli dąży do stabilizacji. Gdy średniomiesięcznie będzie przybywało ponad 100 tys. etatów o takiej stabilizacji będzie można mówić. Pytanie, a gdzie poprawa? Inne pytanie, jak mamy się odnieść do faktu, że jeśli faktycznie liczba etatów spadła mocniej o ok. 1 mln to tak naprawdę stan rynku pracy, jaki sądzimy że ma miejsce, faktycznie będzie miał miejsce dopiero po ok. roku wzrostu liczby etatów średniomiesięcznie o 200 tys. (100 tys. dla samej stabilności, a 100 tys. by odrobić stratę)?
Temat tempa poprawy sytuacji na rynku pracy to także ciekawa sprawa. Czas na cytat z jednego z komentarzy z tego tygodnia: „Posłużę się więc pewnym zestawieniem danych dotyczących amerykańskiego rynku pracy, które zostało sporządzone przez Josepha Trevisaniego z FX Solutions, i które może da do myślenia. Obecnie stopa bezrobocia w USA wynosi 10,0 proc. i ostatni taki poziom wcześniej odnotowano w czerwcu 1983 roku. W ciągu roku spadła ona do 7,2 proc. W trakcie tych 12 miesięcy średni przyrost liczby etatów wynosił 372 tys., a gospodarka wzrastała średnio w każdym kwartale w tempie urocznionym 7,9 proc. W okresie od czerwca 1984 do listopada 1986 średni wzrost wynosił 200 tys. etatów, a gospodarka średnio w każdym kwartale rosła w urocznionym tempie 3,5 proc.
Przyjmuje się, że gospodarka amerykańska potrzebuje stałego miesięcznego wzrostu liczby etatów o 100 tys. by rynek pracy był stabilny. W trakcie recesji zlikwidowanych zostało ponad 7 mln miejsc pracy (na razie, bo nie znamy rewizji, jaka pojawi się za miesiąc – KJ). By to odrobić potrzeba ok. trzech lat wzrostu liczby etatów o 200 tys. miesięcznie, lub dwóch wzrostu o 300 tys. miesięcznie. Plus wspomniane wcześniej 100 tys., a wiec faktycznie trzy lata po 300 tys. nowych etatów miesięcznie, lub dwa lata po 400 tys. nowych etatów. Nie odnotowano średniomiesięcznego wzrostu liczby etatów o 300 tys. od początku lat 90-tych.
W ciągu ostatnich 30 lat gospodarka amerykańska utworzyła miesięcznie 300 tys. nowych etatów w trakcie całego roku kalendarzowego dwukrotnie. W roku 1984 (średnio 323 tys.) i 1994 (średnio 321 tys.). Średnia między 200, a 300 tys. miała miejsce w trakcie 10 różnych lat. Największa średnia miesięcznych zmian w trzech kolejnych latach wynosiła w okresie 1983 do 1985 oraz od 1997 do 1999. Średnie wynosiły odpowiednio 273 tys. i 265 tys. Tyle historia. Jak na jej tle jawi się przyszłość? Czy wchodzimy w okres bezprecedensowego tempa wzrostu liczby etatów, czy wręcz przeciwnie, czeka nas wiele lat odrabiania?”
Odpowiedź na ostatnie pytanie nie jest zbyt optymistyczna. Na razie nic nie wskazuje, by gospodarka amerykańska szykowała się do skoku, który w ciągu dwóch-trzech lat odrobi straty powstałe w czasie kryzysu. Problem polega teraz na tym, że oczekiwana rewizja może odwlec ten moment jeszcze bardziej. Nadal niewiadomą pozostaje, o ile? Czy rewizja wyniesie „tylko” 600 tys. czy może 1 milion? Niestety teraz tego nie sposób przewidzieć.
Na koniec kilka słów dotyczących sytuacji bieżącej naszego rynku. Wprawdzie jest ona omawiana na bieżąco, ale być może ktoś, czytuje teksty dotyczące rynku raz w tygodniu. Do tego celu wystarczą dwa wykresy. Pierwszym jest wykres tygodniowy indeksu WIG20, na którym widać zachowanie cen w okolicy poziomu 2500 pkt.
Chyba nie wymaga on szczególnego komentarza. Drugim jest wykres indeksu w ujęciu dziennym.
Tym razem warto kilka słów napisać. Rzuca się w oczy fakt, że wykres znajduje się na poziomie linii stromego kanału i nawet niewielki spadek może doprowadzić do wybicia. Cały czas ta koncepcja kanału nie za bardzo mi leży i przyznam, że fakt wyjścia poza jego obszar nie będzie dla mnie aż tak istotny. Większą wagę nadal przywiązuję do koncepcji wewnętrznej linii trendu i linii do niej równoległych oraz do linii opartej o lokalne dołki z ostatnich kilku miesięcy (czerwona). Zatem dla mnie wyraźnym sygnałem o znaczeniu średnioterminowym będzie przełamanie tej czerwonej linii, gdyż być może będzie do otwarcie drogi do ruchu w kierunku wewnętrznej linii trendu (pogrubiona). Równie ważnym sygnałem byłoby teraz wyjście nad górną linię równoległą do tej wewnętrznej, gdyż byłby to sygnał znaczącego przyspieszenia wzrostu i trzeba byłoby pogodzić się ze stromym kanałem. Do obu sygnałów będzie mogło dojść dopiero, gdy wykres ceny kontraktów i wartości indeksu opuści konsolidację, a jakie znajduje się od początku roku. Wyjście z tej konsolidacji będzie wskazówką, choć naturalnie niczego nie będzie przesądzało. Moje nastawienie jest raczej pesymistyczne i myślę, że raczej dojdzie do przełamania czerwonej linii niż wyjścia nad poziom 2600 pkt.

