Weekendowa Analiza Futures
19 grudnia 2009, 21:39
Ostatni tydzień był spokojny tak pod względem zmian cen, jak i aktywności graczy. Czy to tylko cisza przed burzą? Z jednej strony okres przedświąteczny nie jest najlepszym do poważnych rozgrywek, ale z drugiej okoliczności rynkowe wskazują na możliwość pojawienia się wyraźnej zmiany cen.
Piątek przyniósł lekki spadek cen. W sumie nic ważnego, bo to ostatni dzień notowań serii grudniowej, a więc do zmian cen w takim dniu podchodzić trzeba z rezerwą. Jedynym istotnym wydarzeniem było zatrzymanie spadku cen na poziomie wsparcia. Dotyczy to tak indeksu…
…jak i kontraktów, choć tylko jeśli weźmiemy pod uwagę przebieg notowań samej serii marcowej.
Punktem wyjścia dla kolejnych notowań jest zatem ciekawa sytuacja techniczna. Po kilku dniach szybkiej przeceny przez ponad tydzień na wykresach uformowała się nam mała konsolidacja. Sama w sobie jeszcze niewiele znaczy, ale zauważmy, że jej kreślenie musi teraz dobiec końca. Ceny bowiem zawisły na linii trendu wzrostowego. Linia, jak linia, ale dla wielu graczy jest to ważny poziom, gdyż ogranicza ona od dołu wykres, który od wiosny znajduje się w dość mocno nachylonym trendzie wzrostowym. Tym samym, przebicie linii, oznacza automatycznie wyjście z kanału, czyli potencjalny zwrot tendencji. Już samo to może prowadzić do wniosku, że ewentualny spadek może być zdynamizowany przez tych, którzy na ten kanał zwracają uwagę.
Jak zapewne część czytelników wie, ja ten kanał uznaję za jeden z dwóch możliwych narzędzi, którym warto się przyglądać. Wspomniane opuszczenie kanału sprawi, że na placu boju pozostanie tylko jedno narzędzie – linia wewnętrzna (na wykresie indeksu pogrubiona) oraz równoległe do niej linie. Obecnie bardziej nas interesuje ta górna.
Wspomniane zawiśnięcie musi zakończyć się albo odbiciem i wzrostem cen w kierunku szczytów, albo przełamaniem i spadkiem w kierunku wsparcia na 2200 pkt., a być może i niżej. Wniosek niezbyt odkrywczy prawda? No to teraz dorzućmy mały „bias”. Z jednej strony mamy argument trendu, jaki od biedy jest kreślony. Nie ma co się spierać – dołki są coraz wyżej. Podobnie jak szczyty. Argument dołków przestanie obowiązywać, gdy ceny spadną pod poziom minimum z 27 listopada (dla indeksu jest to 2236 pkt.). Czy na rozwianie wątpliwości należy czekać do tej chwili? Zapewne gracze najbardziej zachowawczy tak postąpią i jest to działanie zrozumiałe, ale pewnie część uczestników rynku będzie chciała skorzystać z szybszych narzędzi.
Tu dochodzimy do „drugiej strony”. O ile bowiem trend nadal jest wzrostowy, to oznaki jego zmiany pojawią się już wcześniej, zanim pokonany zostanie wspomniany dołek. Po pierwsze, będzie to także wspominany już dolny brzeg kanału. Kto nie lubi mocno pochyłych linii, może – to jest po drugie - posiłkować się dołkiem wyznaczonym 10 grudnia (dla indeksu to poziom 2309 pkt.). Wadą tego dołka jest to, że nieco poniżej znajduje się jeszcze jedna linia, która potencjalne jest w stanie zatrzymać wykres, a jest nią linia łącząca lokalne dołki, jakie pojawiły się od sierpnia do teraz (na wykresie indeksu linia czerwona). Może więc dopiero jej przełamanie będzie sygnałem?
Narzędzie można wybrać samodzielnie. Moim zdaniem skorzystanie z dołka z 10 grudnia ma szansę być skuteczne. Po pierwsze, wiązałoby się to z wyjściem z kanału, co już powinno pomoc niedźwiedziom, a po drugie mamy okres umocnienia dolara, a więc raczej utrudnia to wzrost cen na rynku akcji.
Wspomnienie o dolarze nie jest przypadkowe. Ostatnie ruchy umacniające amerykańską walutę mają wpływ na wiele rynków. Jak można zauważyć, nadal panuje postrzeganie zielonego, głównie jako waluty finansującej „carry trade”. To ma tu swoje znaczenie. Jak jawi się najbliższa przyszłość dolara? Myślę, że w najbliższym czasie kluczowe będą tu dwa wydarzenia. Chodzi o styczniową i lutową publikację danych dotyczących amerykańskiego rynku pracy (chodzi więc o dane za grudzień i za styczeń).
Trend ostatnich publikacji jest znany. Sytuacja się poprawia, a rewizje jeszcze tą poprawę podgrzewają. Można więc liczyć na to, że i na początku stycznia pojawi się raport, który pokaże przynajmniej mały spadek liczby miejsc pracy, a nie należy wykluczyć, że pojawi się wzrost liczby etatów, który być może będzie także poparty rewizją danych za listopad, co w efekcie dałoby dwa z rzędu miesiące z dodatnim wynikiem. Nie bądźmy jednak pazerni. Wystarczy, że odczyt grudniowy będzie na poziomie listopadowego.
Już teraz doszukiwano się w komunikacie po posiedzeniu FOMC jakichś sygnałów wskazujących na to, że komitet zauważył poprawę na rynku pracy, a tym samym, że pojawiła się przesłanka za tym, by szybciej niż wcześniej oczekiwano spodziewać się momentu rozpoczęcia podwyżek stóp procentowych. Fed jednak nie uwypuklił jakoś szczególnie sytuacji na rynku pracy. Uznano, że wolniej się kurczy, ale przecież nie tego oczekiwano.
Rezerwa FOMC jest zrozumiała jeśli weźmie się pod uwagę nie tylko napływające co miesiąc dane i ich tendencję, która bezdyskusyjnie jest pocieszająca, ale także to co nas czeka w momencie publikacji danych za styczeń. Jak co roku bowiem, wraz ze styczniową zmianą liczby etatów, publikowana jest rewizja danych za poprzednie miesiące wynikająca z porównania szacunków (rewizja polega na podaniu sumarycznym liczby, a nie rewidowaniu poszczególnych odczytów za poprzednie miesiące), jakie są podstawą publikowanych raportów z danymi pochodzącymi z rejestrów bezrobotnych. Sprawa jest dość skomplikowana, ale ogólnie chodzi o to, że w trakcie roku szacuje się ile osób straciło pracę w wyniku upadku pracodawcy oraz ile osób zostało zatrudnionych przez nowe podmioty. Zarówno bowiem upadające podmioty, jaki i nowe, nie mają szansy wziąć udziału w ankiecie, będącej podstawą wyliczeń do raportu.
Dość powiedzieć, że w ubiegłym roku w wyniku tej rewizji styczniowy spadek liczby etatów został powiększony o 356 tys. Ile będzie w tym roku? Jak do sprawy podejdzie rynek, gdy podobna liczba pojawi się w danych za styczeń? Po tak radosnych nowinach za listopad i grudzień, spadek o 350 tys.? Ba, właściwie jest jeszcze gorzej. Mianowicie, w treści raportu o stanie rynku pracy, jaki został opublikowany w październiku, znajdziemy szacunek tej styczniowej rewizji. Wynosi on – uwaga – 824 tys. Tak, obecnie aktualny jest szacunek, mówiący o tym, że wielkość spadku liczby etatów w sektorze pozarolniczym sygnalizowana przez oficjalne dane w tym roku jest mniejsza od faktycznej o ponad 800 tys. etatów i taka liczba (o ile ten szacunek się potwierdzi, choć oczywiście może jeszcze ulec zmianie) pojawi się na początku lutego w danych za styczeń. Dla porównania, wiele tygodni temu administracja Prezydenta Obamy pochwaliła się, że dzięki dotychczasowym wysiłkom i planom stymulacyjnym udało się oszczędzić ok. 640 tys. miejsc pracy.
Nie wiem, jaka będzie ostateczna liczba rewizji, ale dwie podane powyżej dają jakiś rząd wielkości. Ok., można powiedzieć, że przecież ta rewizja jest znana. Skoro ja to piszę, to wiedzą o tym traderzy. Być może, choć nie tylko o lutowy raport tu chodzi. Tu chodzi o całość prognoz dotyczących rynku pracy w USA, dotyczących potencjału konsumpcji, a zatem i dynamiki PKB. Jak podejść do tematu jeśli okaże się, że faktycznie rynek pracy w tym roku skurczył się 20 proc. bardziej niż sądzono?
Teraz wstrzemięźliwość FOMC wydaje się bardziej zrozumiała. Po pierwsze, nie jest znana na razie wielkość rewizji, ale już wiadomo, że będzie spora, a po drugie, jej pojawienie się skokowo pogarsza ocenę rynku pracy. Oczywiście mowa tu o rynkach, bo członkowie FOMC świetnie zdają sobie z tego sprawę. Gdy rewizja się pojawi, nagle wielu uczestników rynków zrozumienie, dlaczego ociągano się z radością z comiesięcznych danych.
Jak w takiej sytuacji wyglądać może rynek? Tu już zaczynamy niebezpieczną zabawę w prognozy, a więc należy do nich podchodzić z dystansem i zawsze za ostateczne uznać sygnały techniczne. Jeśli wiec dojdzie wkrótce do wyjścia z kanału wzrostowego tym samym linia kanału straci wyraźnie na znaczeniu wobec linii wewnętrznej, gdyż to ona byłaby tą, która nadal pracuje. Wyjście z kanału oznacza spadek cen, który na początku roku może otrzymać kolejne argumenty w postaci przypuszczalnie dobrego raportu o stanie rynku pracy w USA. Jest to pozorny paradoks, gdyż przypominam, że zachowanie dolara jest rozpatrywane pod kątem carry trade. Tym samym, lepsze dane makro pomogą dolarowi, ale przeszkodzą rynkom akcji.
Pewnie ceny nie będą czekały spokojnie na tą wiadomość, ale rynek będzie antycypował umocnienie dolara i spadek zacznie się wcześniej. Gdzie nas przecena może zaprowadzić? Jest całkiem możliwe, że nawet w okolice wewnętrznej linii trendu, co by oznaczało poziom bliski 2000 pkt. W przypadku kontraktów byłoby to nieco poniżej, a indeksu nieco powyżej, co pasowałby zważywszy na to, że w momencie kreślenia dołka nastroje byłyby kiepskie, a więc baza ma szansę być ujemna.
Przypomnę tu wykres, który kiedyś wrzuciłem dla zabawy, a dziś po małej modyfikacji jakoś pasuje do tej układanki.
Linie czerwone nie są zbyt dokładne, ale w uproszczeniu potwierdzają to co mają potwierdzić. Linią przerywaną wyznaczone jest tempo spadku, po którym wykres „powinien” się ślizgać. Punkt styczności jest rozrzucony nieco, ale w przybliżeniu jest to druga połowa stycznia. Apogeum przeceny właśnie w tym czasie ma swoje uzasadnienie, gdyż zapewne wtedy rozpoczęłaby się powoli gra pod lutowy raport o stanie rynku pracy, który z założenia ma zaskoczyć i z założenia ma być po prostu kiepski. O ile więc najbliższe tygodnie nie jawią się dla rynku zbyt pomyślnie, to druga połowa stycznia i początek lutego to już zupełnie inna bajka. Oczekiwania na kiepski raport będzie wiązało się bowiem ze spadkiem wartości dolara, a wiec powrotem wzrostów na rynku akcji i towarów. Ta zwyżka, oraz jej apogeum w postaci raportu potencjalnie może spowodować dojście cen do okolic 2600 pkt. i optymizmem na rynku akcji zakończyć tą fazę wzrostów.
To może być także ciekawy okres dla notowań złota. Hiperbola robi się coraz ostrzejsza, a szczyt wydaje się nadal być przed nami. Na koniec jeszcze raz przestrzegam, to tylko jedna z koncepcji i to uwarunkowana sygnałami technicznymi. Gra jest możliwa, ale pod warunkiem, że rynek sam będzie potwierdzał nasze przypuszczenia. W innym wypadku to tylko walka z rynkiem. Ten może przecież wybrać inną ścieżkę, jak choćby płytszy spadek, czy wyższą zwyżkę. Na razie ten przebieg wydaje mi się dość prawdopodobny.


