Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Jesteś na: Strona główna / Blogi

Blogi Felietony Andrzeja S. Nartowskiego w Parkiecie

Rok: Miesiąc

Rok 1610, czyli tańczący z niedźwiedziem

1 lipca 2017, 12:38

OKIEM HISTORYKA

Złoty Wiek już przemijał, wkrótce szlachetny renesans ustąpił w Polsce miejsca barokowi, nikt jeszcze nie dostrzegał na ścianie złowrogiego proroctwa nadciągającej zagłady, ale historia już szykowała dramatyczny zwrot. Na przełomie XVI i XVII w. Rzeczpospolita miała wybitnych wodzów (Jan Zamoyski, Stanisław Żółkiewski, Jan Karol Chodkiewicz), odnosiła błyskotliwe triumfy militarne (Kokenhausen, Biały Kamień, Kircholm, Kłuszyn), osiągnęła największy w dziejach rozrost terytorialny, przejściowo opanowała osłabioną wewnętrznymi konfliktami Rosję, gdzie władcą ogłoszono królewicza Władysława Wazę i już bito monety z jego podobizną, a pojmanym braciom Szujskim, w tym carowi Wasylowi, przyszło korzyć się w Warszawie przed królem Zygmuntem III. Obraz naszych sukcesów psują szalbiercze dymitriady, czyli przedsiębrane przez część magnaterii i grono awanturników wyprawy wspierające roszczenia do korony przez samozwańców: Dymitra i Łżedymitra, szubrawców zaślubianych przez Marynę Mniszchównę, pierwszą kobietę koronowaną na carycę Rosji (była nią dziesięć dni); całą trójkę, wraz z synkiem Maryny, spotkał zasłużony smutny los. Żałośnie skończyła się też okupacja przez Polaków Kremla. Na carską koronę dla Władysława nie godził się żądny jej Zygmunt III. Tego już było za wiele, Rosjanie nie chcieli bigota, a rozczarowani polskim panowaniem zrobili powstanie i przepędzili okupantów, co zresztą do dzisiaj świętują.

OKIEM INWESTORA

Rekomendacje wciąż były pomyślne, potencjał wysoko szacowany, co dawało Firmie korzystny outlook, zwłaszcza na tle sąsiedniej Rosji, która nie umiała się pozbierać po autokratycznym Iwanie Groźnym i przeżywała długotrwałą bessę. U nich bessa nazywa się smutą, tę smutę nazwano Wielką, a zamiast kursów akcji – spadały głowy. W ogólnym rozgardiaszu doszło do dymitriad, czyli agresywnych akcji samozwańczych „carewiczów” wspieranych przez nasz venture capital nakierowany na asset stripping. To nie Firma je podejmowała, ale porozumienia co bardziej krewkich inwestorów. Moskwę zajęli bez wezwania, bojarzy sami oddawali im akcje. Do czasu. Kiedy pierwszego Dymitra wreszcie ubito, poćwiartowano, spalono, a prochy wystrzelono z armaty (czego niestety dzisiaj się już nie praktykuje, może szkoda), zjawił się drugi, zwany Łżedymitrem, także poparty przez porozumienie polskich inwestorów; gdyby już wtedy mogli harcować na NewConnect, nie musieliby szukać przygód w Rosji.

Lecz w końcu organiczna słabość Rosji sprowokowała Firmę do działania. Mieliśmy już, przynajmniej na papierze, unię ze Szwecją. Zygmuntowi zamarzyła się kolejna, z Rosją. Na jego syna, Władysława, Rosjanie skłonni byliby przystać: był młody, obiecujący, przyjął prawosławie; na Zygmunta zaś – w żadnym wypadku, był niesympatycznym i zawziętym fanatykiem religijnym, gotowym poświęcić wszystko, byle odzyskać prezesurę w Szwecji. Za jego sprawą już wtedy zarzucono nam nietolerancję. Wprawdzie nasi odnieśli spory sukces na walnym zgromadzeniu pod Kłuszynem, gdzie – dysponując pakietem mniejszościowym – zdołali pokonać większościową koalicję inwestorów rosyjskich i szwedzkich, skłaniając ją do ucieczki, wprawdzie rozpanoszyli się w Moskwie, w 2010 r. zajęli pozycję na Kremlu, lecz – jak się niebawem okazało – była to krótka pozycja… Naruszali przy tym dobre praktyki, co skłoniło miejscowych do podjęcia próby zorganizowania się i głosowania grupami. Przyjazne porozumienie przeistaczało się w próbę agresywnego wrogiego przejęcia. Po dwóch, coraz mniej pomyślnych, latach na Kremlu przyszło naszym rezygnować z planów przejęcia i dokonać dezinwestycji. Asset stripping, owszem, z czasem nastąpił, ale to nam odbierano coraz cenniejsze aktywa.

Dla naszych szansa z czasem przeobraziła się w kryzys, dla Ruskich kryzys przeobraził się w szansę. Nie trzeba było naszemu byczkowi wdawać się w tany z niedźwiedziem! Przypadający na rok 1610 szczyt notowań Firmy nie został już nigdy wyrównany, tym bardziej – przekroczony, nawet przez chwilę naszym notowaniom nie udało się do niego zbliżyć. Kiedy stary niedźwiedź mocno śpi, nie należy go budzić, kiedy bowiem się przebudził, odmienił koniunkturę i wyparł byka na dobre. Krzywa notowań Firmy rosła od roku 966 do 1610, ale od ówczesnego przesilenia począwszy staczała się, zrazu wolno, niemal niepostrzeżenie, potem już lawinowo. Nie dało się ogarnąć północy, więc notowania wyruszyły na południe. Dziadek Mróz schłodził nam Big Picture.

brak komentarzy

Brak komentarzy.

Dodawanie komentarzy jest aktualnie wyłączone.