Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Jesteś na: Strona główna / Blogi

Blogi Felietony Mirosława Kachniewskiego w Parkiecie

Rok: Miesiąc

Sejm przyjął MAR

16 lutego 2017, 09:15

Zakończyły się prace sejmowe nad implementacją MAR. Doniosłość zmian dotyczy trzech aspektów: możliwości doprowadzenia firm i osób fizycznych do bankructwa, nowego modelu stanowienia i egzekwowania prawa oraz opresyjności rzeczywistej i postrzeganej.

Faktyczna opresyjność nowych regulacji to nic w porównaniu z jej subiektywnym postrzeganiem.

O pierwszej z tych kwestii pisałem już wielokrotnie, ale było to zbywane stwierdzeniami, że niepotrzebnie „straszę”. Tymczasem Sejm zakończył prace nad ustawami „implementującymi” MAR i mamy tam właśnie te „straszne” sankcje, pomimo wcześniejszych prób ograniczenia ich wielkości. Dla przykładu warto wskazać, że w wielu przypadkach maksymalna wartość pojedynczej sankcji (np. ponad 10 mln zł lub 2 proc. przychodów skonsolidowanych za uchybienia w raportowaniu) będzie większa od kapitalizacji spółki (w odniesieniu do około 250 spółek o niskiej kapitalizacji i spółek operujących na bardzo niskiej marży), a w przypadku drobnego formalnego naruszenia prawa np. żona członka rady nadzorczej może zapłacić karę do wysokości ponad 2 mln zł. Przypomnę, że chodzi o sankcje administracyjne, nakładane bez udziału sądu.

Oczywiście możemy mieć nadzieję, że sankcje w takiej wysokości będą nakładane jedynie w najbardziej drastycznych sytuacjach, a formalne naruszenia przepisów będą się wiązały z pouczeniem lub pogrożeniem palcem. Kłopot w tym, że tego posłowie zapisać w ustawie nie chcieli. Robiliśmy w Sejmie za Rejtana i będziemy jeszcze walczyć w Senacie o jasne wskazanie, że najwyższe sankcje powinny być nakładane tylko w szczególnych okolicznościach – rażącego naruszenia prawa, recydywy, odniesienia korzyści majątkowej etc. Ale na dzień dzisiejszy takiego bezpiecznika nie ma.

Druga sprawa dotyczy całkowitej zmiany w filozofii podejścia do nadzoru. Dotychczas było tak, że nadzorca nie musiał czytać przepisów, bo sam je pisał. I w trakcie tego pisania urzędnicy niejako przez osmozę wchłaniali nowe regulacje. Teraz rzeczywistość diametralnie się zmieniła, ale nie zostały do niej dostosowane praktyki nadzorcze. Urzędnicy nie uczestniczą w pracach regulacyjnych na poziomie unijnym z takim zaangażowaniem, jak na poziomie krajowym. W rezultacie, pomimo dwuletniego okresu vacatio legis, nowe regulacje „zaskoczyły” krajowego regulatora i nadzorcę. Kiedy zaczęły obowiązywać, okazało się, że brakuje wielu interpretacji, a tam, gdzie one są, charakteryzują się daleką niespójnością z interpretacjami unijnego organu nadzoru (ESMA) i nadzorców krajowych. Dokładniej rzecz ujmując, w miarę przyzwoicie do MAR gotowy był tylko nadzorca niemiecki, a w większości krajów trwa taka sama improwizacja, jak u nas.

Konsekwencją tego „zaskoczenia” są nie tylko rozbieżności interpretacyjne i nieporządek prawny związany z jednoczesnym obowiązywaniem krajowych i unijnych przepisów. Dużo poważniejszą kwestią jest olbrzymi pośpiech wdrażania nowych regulacji, co wiąże się z niechlujstwem (bo przecież trudniej jest dobry przepis napisać na kolanie w Sejmie niż w normalnym trybie pracy) i opresyjnością (bo im szybciej się tworzy przepisy, tym mniej czasu na konsultacje i zgłaszanie uwag). Jeśli nie ma dość czasu, to polskie przepisy stają się tylko prostym tłumaczeniem z języka brukselskiego, bez głębszej refleksji.

MAR (jak sama nazwa wskazuje – Market Abuse Regulation) jest regulacją stworzoną w celu przeciwdziałania nadużyciom, więc zawiera środki i sankcje mające na celu odstraszenie przestępców od regulowanego rynku kapitałowego. Niestety, w tej samej regulacji zdefiniowane zostały pewne obowiązki emitentów, przez co zostali oni objęci takimi samymi środkami i sankcjami. Nadzorca może teraz zażądać dokumentów czy innych nośników informacji w spółce giełdowej. I może nałożyć sankcję oznaczającą koniec życia biznesowego emitenta lub upadłość konsumencką powiązanej osoby fizycznej.

Faktyczna opresyjność nowych regulacji to jednak nic w porównaniu z jej subiektywnym postrzeganiem. W ciągu ostatnich miesięcy współpracy z organizacjami emitenckimi z innych rynków najbardziej uderzyła mnie różnica właśnie w postrzeganiu nowych regulacji i zagrożeń z nimi związanych. W zdecydowanej większości przypadków, kiedy jakaś kwestia w MAR jest niejasna, względnie nawet jest oczywista, ale różnie interpretowana w różnych krajach, emitenci z rynków zachodnich nie szukają doprecyzowania. Oni każde niedopowiedzenie, każdą wątpliwość, każdą różnicę interpretacyjną traktują jako swój atut i swoją obronę.

W przypadku rynku polskiego jest, niestety, odwrotnie. Emitenci wskazują na duże zagrożenie wynikające z nieprecyzyjnych przepisów. Obawiają się, że jakakolwiek wątpliwość może być rozstrzygana na ich niekorzyść. Że organy administracji mogą nadużywać władzy. Ten brak zaufania do instytucji państwa jest dla mnie jeszcze bardziej niepokojący niż sam MAR.

brak komentarzy »

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz