Pieniądz jako środek halucynogenny
23 stycznia 2010, 13:25
Ożywienie gospodarcze stało się faktem, a ceny różnych aktywów wzrosły. Są dużo wyższe niż przed rokiem. Dokonano tego, pompując ogromne ilości pieniędzy na rynek finansowy (wsparcie dla banków) i do realnej gospodarki (programy stymulacyjne). Te pieniądze nie wzięły się znikąd. Zostały pożyczone, np. od Chińczyków, lub wydrukowane.
Przepis na hossę? Pożyczać tanie pieniądze i inwestować w cokolwiek. Wiemy jednak, jak to się kończy
Działają jak środek halucynogenny. Dzięki nim mamy wizję, że wszystko wróciło do normy: znów możemy spokojnie pracować, pożyczać, inwestować, konsumować – bogacić się, jakby w ostatnich dwóch latach nic się nie wydarzyło. Zastanówmy się, co by się stało, gdyby aktywa znów gwałtownie potaniały. Np. obligacje. Papiery Departamentu Skarbu USA były schronieniem dla kapitału obawiającego się zapaści gospodarki. W efekcie przy zerowych stopach procentowych ich rentowność była rekordowo niska, a ceny – rekordowo wysokie.
Ale taka sytuacja nie jest na dłuższą metę do utrzymania. Ceny, nie tylko zresztą obligacji, muszą spaść. Pierwszym impulsem może być jakikolwiek sygnał o próbach zacieśnienia polityki monetarnej. Co wówczas się stanie z bilansami inwestorów, których kieszenie wypchane są amerykańskim długiem? Albo z wynikami instytucji ostro grających na giełdach? Można oczywiście zrobić parę sztuczek księgowych i uznać, że wartość rynkowa nie jest wartością godziwą. Ale rynek nie da się łatwo zwieść. Na rynku wszyscy umieją liczyć i nawet jeśli straty nie zostaną ujawnione, nie będzie to oznaczać, że nie zostaną wkalkulowane w ceny.
Poprawa na rynkach finansowych bierze się z tego między innymi, że… nastąpiła poprawa. Wzrost wartości aktywów spowodował, że ich wycena w bilansach instytucji finansowych wyraźnie się zwiększyła. Stąd prosta droga do wyższych notowań samych instytucji. Wszyscy zresztą, którzy mają np. akcje, są o wiele bogatsi niż rok temu. Wszyscy, którzy mają obligacje czy kontrakty na surowce – również.
To nie przypadek, że 90 procent zysku Goldmana Sachsa, który tak się spodobał inwestorom, pochodzi z operacji na rynku finansowym prowadzonych na własny rachunek. Innymi słowy wyniki Goldmana byłyby złe, gdyby nie hossa na giełdach akcji, surowców i derywatów, do której sam Goldman się przyczynił. Hossa pod wieloma względami przypominająca to, co oglądaliśmy jeszcze w 2006 czy 2007 r. – oporna na gorsze wieści, nieskora do korekt, uparta i niepokojąca. Nikt nie wie, ile potrwa – kilka tygodni, miesięcy czy lat. Niemal wszyscy analitycy, którzy przed dwoma laty dostali tęgą nauczkę, wypatrują silnej korekty, co dla niektórych może być kontrariańskim sygnałem, że bessa na razie nie powróci. Powoli warto sobie jednak zadawać pytanie, co dalej?
Barack Obama chce zakazać bankom handlu instrumentami finansowymi na własny rachunek. Pytanie jednak, czy sięga do źródeł problemu. Dziś wszystkim, nie tylko bankom, opłaca się pożyczać pieniądze (bardzo tanie) i zainwestować je gdziekolwiek, by osiągnąć zawrotny zysk.
Być może Fed w odpowiednim momencie zachęci świat do oszczędzania, a zniechęci do zadłużania się, życia ponad stan i ryzykownego inwestycyjnego rozpasania. Musi znaleźć odpowiednie narzędzia i przede wszystkim wybrać odpowiedni moment. Ale trudno uwierzyć, że bez komplikacji uda mu się dokonać tej niesłychanie trudnej sztuki.
Wyobraźmy sobie, że zadłużone społeczeństwa wyciągnęły wnioski. Nie będą skore do powiększania konsumpcji. Zadłużone rządy nie będą mogły i chciały jej dłużej stymulować. Raczej będą oszczędzać i głębiej zaglądać do naszej kieszeni, a my – zaciskać pasa. Kryzys (w najlepszym razie w postaci stagnacji) pewnie więc powróci, ale – paradoksalnie – rozpocznie się budowa zdrowych fundamentów gospodarki.
A jeśli nie? Wtedy będziemy zdani tylko na Fed i trzeba będzie przykręcić kurek bardziej zdecydowanie. Efektem karnawału może być jednak załamanie znacznie gorsze niż to, przed którym właśnie się obroniliśmy.
Sytuacja na rynkach finansowych wskazuje, niestety, że otrzeźwienie nie nadeszło, że jesteśmy raczej w letargu wywołanym wspaniałym środkiem halucynogennym, jakim jest pieniądz. Mamy przyjemne uczucie rozluźnienia. Tym gorzej jednak dla tych, którzy będą musieli się przebudzić.